O relacji z osobą uzależnioną i o tym, czym jest współuzależnienie - opowiada Justyna.

Przez wiele lat była Pani w związku z człowiekiem uzależnionym od hazardu. Pewnie nie raz spotkała się Pani z pytaniem, jak to możliwe, że mieszkając z nim pod jednym dachem nie zorientowała się Pani, że tak jest.

Nie zorientowałam się, bo… bardzo swojemu mężowi ufałam. Nawet, jeśli nie byłam pewna zachowań swojego męża i ich nie rozumiałam, z góry zakładałam, że wynikają z jakiejś konkretnej przyczyny. Ja po prostu wierzyłam, że wszystko, co mąż robi nie jest przeciwko mnie. Nie sądziłam wówczas, że może mnie oszukiwać czy cokolwiek przede mną ukrywać.

Nic Pani nie przeczuwała? Nic nie wzbudzało podejrzeń?

Oczywiście, czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam co. Miałam jakieś przeczucia, ale po prostu… nie umiałam ich nazwać. Nie robiłam więc problemów. Zarówno dzieciom, jak i najbliższej rodzinie przekazywałam zawsze jakieś wytłumaczenie – nawet najbardziej niezapowiedzianej sytuacji, której autorem był mąż…

Co ma Pani na myśli?

Mam na myśli opóźnianie powrotów do domu wieczorami; nagle pojawiające się znikąd weekendowe, służbowe wyjazdy. Czasem w łazience znajdowałam jakieś kartki w jego spodniach – nie bardzo wiedziałam, czego dotyczą, ale to było coś związanego z pożyczkami, kredytami... Nie wiedziałam, jakimi. Ale też nie zastanawiałam się nad tym. Moja chęć obrony męża, obrony mojej wizji idealnej rodziny, chęć tworzenia azylu dla dzieci była większa. Ja sama wierzyłam w to, co mówiłam i myślałam.

To skąd się Pani dowiedziała o tym, że jest uzależniony?

Pewnego dnia, kiedy wszystkie fakty przemawiały za tym, że żyję z osobą uzależnioną od hazardu, zapytałam go o to, czy tak faktycznie jest. Wtedy powiedział mi, że sobie nie radzi. Powiedział gdzie gra, jakie to są gry, jakie ma długi, gdzie wziął kredyty, pożyczki…. Dopiero, kiedy się przyznał, to wszystko poukładało mi się w głowie. Jednocześnie, doszłam do wniosku, że… każdy ma prawo do drugiej szansy. On sam powiedział, że pójdzie na terapię… Uwierzyłam, że teraz wszystko się ułoży. Mój mąż - prosząc o pomoc - opowiedział jakiej wysokości ma długi i u kogo. A ja, jak to ja: usiadałam, zrobiłam tabelki, porozpisywałam, jakie mamy wpływy, jakie mamy długi i pilnowałam spłat zobowiązań. Wzięłam to na siebie. Byłam wręcz z siebie zadowolona: „Jestem taka rozsądna i poukładana! Nie ma możliwości, żeby nam się nie udało. On się przyznał, a ja wzięłam to w swoje ręce – to wszystko jest więc kwestią czasu” – tak wtedy myślałam.

Ale… mąż był na terapii może 2 miesiące i przerwał ją. Powoli, wszystkie problemy i zachowania wróciły. Do tego doszła choroba dziecka… a po jakimś czasie mąż znów zaczął grać. Jeszcze przez moment nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę sobie z tym nie poradzić… Ale pewnego dnia rano, po tym jak mąż wyprowadził się z domu, obudziłam się i podjęłam decyzję, że muszę iść na terapię, że muszę coś zrobić. Zadzwoniłam do taty i poprosiłam o pomoc.

Taka nagła decyzja? A co się stało tego dnia?

Nic. Tego dnia, kiedy podjęłam tę decyzję, nie wydarzyło się nic. To był impuls, "z góry”, który dał mi świadomość, że sobie nie poradzę, że muszę szukać pomocy. Już miałam dość ciągłego strachu, życia w poczuciu winy, w poczuciu odpowiedzialności za mojego męża i za to co robi, a przede wszystkim życia w ciągłym kłamstwie. To przecież trwało latami…

Zrobiła to Pani dla siebie czy dla męża?

Jestem pewna, że dla siebie. Byłam zmęczona stresem związanym z długami, ze spłacaniem tych długów, łataniem dziur w budżecie domowym; zmęczona tym, że radzę sobie z tym wszystkim sama, że mąż mi nie pomaga; a przede wszystkim rozczarowana tym, że on mnie oszukał...

Ale przyznam, że drugim dnem była… to wiem i widzę dziś… Drugim dnem była chęć uratowania męża. Dziś widzę to doskonale - przyszłam na terapię do VIDE po to, żeby pokazać sobie i innym, że jestem obowiązkowa, sumienna, silna. I, że ze wszystkim sobie poradzę. Bo byłam wtedy święcie przekonana, że jeżeli ja nabiorę siły i jeżeli ktoś mnie nakieruje, powie mi jak mam postępować z mężem, to naprawię swoje życie. Chciałam dostać potwierdzenie.

Po co?

Po to właśnie, żeby ratować małżeństwo. Chciałam znów mieć siłę, żeby znów to robić. I chciałam usłyszeć od innych osób uczestniczących w terapii, że tak będzie. Ale to nie wszystko… chciałam usłyszeć od innych kobiet, które były w podobnej sytuacji, radę, jak mam to zrobić. A one w informacji zwrotnej powiedziały mi jasno „Żadna z nas nie da ci recepty”. I nic więcej.

Było Pani przykro? Była Pani zawiedziona?

Nie tyle przykro, co zaczęłam się zastanawiać nad tym, dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, żeby ktoś mi powiedział „Jesteś silna, jesteś zaradna, jesteś fajną kobietą, rzeczywiście dasz sobie radę”...

I nagle dotarło do mnie, że… nie muszę dać sobie tej rady! Więcej – że nie jestem odpowiedzialna za to, co robił mój mąż!

Dodatkowo, w tym czasie byłam już bardzo zmęczona autodestrukcyjnymi zachowaniami - stres wywołany brakiem pieniędzy, lękiem przed odbieraniem korespondencji, przed odbieraniem telefonów z nieznanych numerów powodował, że zaczynałam się gubić. Notorycznie przecież wszystkich oszukiwałam. Mąż oszukiwał mnie i innych, ja robiłam to samo. Na pytania osób najbliższych, zawsze odpowiadałam kłamstwem. Na przykład: w momencie, kiedy przyjeżdżała moja teściowa albo moi rodzice, a męża w późnych godzinach wieczornych nadal nie było w domu – ja nadal wymyślałam, dlaczego go nie ma. Pożyczałam pieniądze od ludzi z zewnątrz po to, żeby łatać dziurę budżetową, ale nigdy nie mówiłam im prawdy, dlaczego tak jest i na co pożyczam. Dopiero terapia pokazała mi, jak dużą krzywdę robiłam sama sobie brnąc w te kłamstwa... Zdałam sobie sprawę z tego, że po prostu nie mogę tego robić, nie powinnam tego robić i nie chcę tego robić. Dziś mam bardzo dobre relacje z rodzicami i wiem, że oni już wtedy by mi pomogli i zrozumieli co się dzieje. Ale wtedy to wstyd nie pozwalał mi głośno o tym mówić i prosić o pomoc. Nawet najbliższej przyjaciółce nic wtedy nie mówiłam… Chciałam być samodzielna. Na pewnym etapie terapii ten wstyd jednak odszedł, jak ręką odjął. To był przełom, który totalnie zmienił coś w mojej głowie. Przestałam kłamać. Przestałam tak wiele od siebie wymagać. Przestałam się bać.

Jak Pani patrzy dziś na ten związek? ? Co was trzymało razem?

Być może to idiotyczne, co powiem, ale… przez wiele lat miałam poczucie, że powinnam być wdzięczna mojemu mężowi, że on mnie w ogóle chciał – tak fantastyczny facet, tak przystojny, na tak wysokim stanowisku zainteresował się taką osobą jak ja! Zawsze czułam się od niego gorsza. On zresztą podtrzymywał we mnie to uczucie – mówił do mnie „Dobrze, pomogę ci w domu, ale ty idź do pracy i zarób tyle co ja”. Dziś jak patrzę na to co robił wobec mnie mój mąż – na te kłamstwa, na te manipulacje, widzę wyraźnie, że to po prostu była… przemoc psychiczna. Bardzo bałam się, że mnie zostawi, bardzo bałam się, że go stracę.

Ale uwolniła się Pani od tego lęku.

Tak. Na terapii przestałam się bać tego, że zostanę sama. Dzisiaj wiem, co znaczy „samotność”, a co znaczy „bycie samemu”. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Bo można być samą i być szczęśliwą. I wiem, że samotną to nigdy nie będę - bo mam rodzinę, przyjaciół, dzieci, wspaniałego brata, a przede wszystkim siebie! Terapia nauczyła mnie tego, że mam prawo być ważna sama dla siebie; że mam prawo dbać o swoje potrzeby, o chwile czasu dla siebie. Uświadomiłam sobie, że wcale nie muszę być idealna - mogę popełniać błędy, mogę mieć własne zdanie, mogę postępować i żyć tak jak chcę!